Autor: Marcin Śpiewakowski

2016-07-15, Aktualizacja: 2016-07-22 10:55

Hey: Przestrzec przed tym, co złe, uczulić na to, co wartościowe

Grupa Hey powraca w ostatnich miesiącach podwójnie. Po pierwsze z jedenastą płytą, zatytułowaną "Błysk", po drugie - z występem na Przystanku Woodstock 2016. To ich pierwszy koncert na największym polskim festiwalu muzycznym od czasu "bitwy morskiej", czyli koncertu, który dali tam w 2004 r. Z muzykami zespołu rozmawialiśmy przed ich występem na tegorocznym Przystanku.

Wasz powrót na Przystanek Woodstock jest jednym z najbardziej entuzjastycznie przyjętych wydarzeń tegorocznej edycji. Brakowało Wam czegoś przez tych dwanaście lat?

Marcin Żabiełowicz: Przystanek Woodstock jest imprezą jedyną w swoim rodzaju. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek grałem dla większej publiczności. Cała atmosfera Woodstocku jest wspaniała, ci wszyscy ludzie, którzy nie tylko koncentrują się na muzyce, ale też biorą udział w tych wszystkich akcjach okołofestiwalowych. Mnie zawsze zadziwiała liczba rzeczy, które można zrobić na Woodstocku. Zawsze imponował mi spokojny charakter tej imprezy: brak zadym, wojen międzysubkulturowych. Poza tym uważam, że udział w tej imprezie w jakimś stopniu pozwala zamanifestować poparcie dla całej idei WOŚP-u, co jest ważne, szczególnie w dzisiejszych czasach.

ZOBACZ: Hey na Przystanku Woodstock 2016. Kasia Nosowska na scenie z kulami [zdjęcia z koncertu]

Poprzeczkę powiesiliście sobie bardzo wysoko, bo za Wasz ostatni koncert na Woodstocku zgarnęliście Złotego Bączka dla najlepszego zespołu i regularnie wymienia się go wśród najważniejszych momentów w historii całej imprezy. Jak wspominacie tamten występ?

M. Ż.: Grając taki koncert nie ma się świadomości, że uczestniczy się w czymś bardzo wyjątkowym. Zawsze staram się grać tak, jakby to był ten jedyny, wyjątkowy koncert. Czasami się udaje i rzeczywiście mamy wtedy do czynienia z czymś magicznym - następuje cudowna interakcja między zespołem a publicznością, zaczynamy przekazywać sobie wzajemnie energię, dzieje się COŚ. To zdarza się od czasu do czasu, natomiast raz na kilka lat mamy do czynienia z czymś absolutnie wyjątkowym. Z czymś, czego żadnymi słowami opisać nie można. Takie koncerty przechodzą wtedy do historii jako wydarzenia. Takim właśnie koncertem był nasz występ na Woodstocku 12 lat temu. Pamiętam morze ludzi, noc rozświetloną światłami ze sceny, różne flagi zatknięte na wysokich tyczkach. To wszystko sprawiało wrażenie jakiejś bitwy morskiej: dwie floty ścierające się przed naszymi oczami. Wiem, że brzmi to trochę nierealnie, ale naprawdę miałem wtedy takie wrażenie.


© Szymon Aksienionek/mat. prasowe WOŚP

Koncert Hey na Przystanku Woodstock 2016

Zdarza się Wam jeździć na Woodstock albo inne festiwale prywatnie?

Marcin Macuk: Tak, jak tylko czas pozwala to bardzo chętnie. Lubimy oglądać swoich idoli i obserwować młode talenty. Open'er, Off, Tauron, ale też poza granicami: Primavera w Barcelonie i Sziget w Budapeszcie. To duży "fun" móc się powłóczyć i znaleźć się z drugiej strony.

ZOBACZ TEŻ: Woodstock 2016 tonie w deszczu [zdjęcia, wideo]




Na „Błysku” zabieracie głos na tematy polityczne, ale inaczej niż choćby Kult - słychać u Was mocne zmęczenie nieustannym konfliktem i wołanie o rozsądek.

M. M.: Myślę, że na płycie nie ma wielu bezpośrednich politycznych odniesień. To raczej wyraz napięcia, jakie jest w ludziach w obecnym czasie. Tematy polityczne są coraz głośniejsze obok nas, wiec naturalne jest to, że gdzieś się to odbija w słowie, ale trzeba pamiętać, że dużo też zależy od interpretacji. Piosenki Hey nie chcą zabierać głosu w sprawie polityki. Raczej prowokują do myślenia o pojedynczym człowieku i jego miejscu w świecie dziś, tu i teraz.

Aspirujecie w ogóle do statusu zespołu „z przesłaniem”? Mam wrażenie, że im dłużej jakakolwiek grupa istnieje na scenie, tym bardziej oczekuje się od niej pewnego rodzaju mentorstwa.

M. M.:
Nie wiem, czego się oczekuje od długo istniejących zespołów, ale jest coś w tym, że z wiekiem łatwiej jest się trochę “powymądrzać". Jesteśmy już w wieku, kiedy wszyscy mamy dzieci i to nie tylko małe, więc włącza się nuta mentora, wychowawcy, żeby przestrzec przed tym, co złe, a uczulić na to, co wartościowe i piękne. Ale nikt z nas raczej nie rości sobie prawa do prawienia "kazań". Raczej są to myśli wynikające z doświadczeń.


© Piotr Barbachowski, mat. prasowe WOŚP

Koncert Hey na Przystanku Woodstock 2016

Ostatnio "wchodzicie" w winyle – w tym formacie wyszła reedycja „Fire”, a nowy „Błysk” ma 36 minut – podręcznikowy czas trwania czarnej płyty. Mieliście to w głowie podczas nagrywania, czy to przypadek?

M. M.:
To był zwykły przypadek. Po prostu chyba czas mega długich albumów już jest dawno za nami. A przy tej płycie nie było ani specjalnych odrzutów, ani nie trzeba było niczego sztukować. Tak po prostu wyszło.

Jak powracająca moda na winyle wygląda ze strony artysty? Ma to dla Was jakieś szczególne znaczenie? Jest jakiś element sentymentalny w tym, że wydajecie album w formacie, z którego słuchaliście płyt jako dzieci?

M. Ż.:
Ja osobiście nie załapałem się na powrót winyli. Paweł i Jacek zbierają je namiętnie, mnie wystarczy CD z dobrego odtwarzacza. Gdy mówimy o sprzęcie klasy high-end w zasadzie trudno jest odróżnić, czy źródłem sygnału jest winyl czy CD. W czasach przed internetem płyta winylowa była źródłem informacji o zespole. Można było pooglądać zdjęcia, poczytać teksty. Dla muzyka szczególnie interesujące były wiadomości o instrumentach, na których płyta była nagrywana. Obecnie mamy dostęp w zasadzie do każdej informacji, którą chcemy znaleźć na temat danego artysty. Nie szukamy ich na płytach, lecz właśnie w internecie.

Jak wspominacie trasę "Przedbłysk"? Trasa z materiałem, którego nikt nie zna, prawie nigdy nie jest dobrym pomysłem. Udało się, tak jak chcieliście?

M. Ż.:
To nie była nasza pierwsza trasa z nowym materiałem, którego nikt jeszcze nie zna. Podobna sytuacja miała miejsce przy "Music Music" oraz przy "MURP". To oczywiście nie jest łatwe, ale lubimy wyzwania i nigdy nie idziemy po linii najmniejszego oporu. Taka trasa to przede wszystkim niewiadoma, sporo pracy, stres, obawa o przyjęcie nowej płyty… Rzeczy, które dają poczuć, że się żyje. Tym bardziej docenia się wtedy sukces. Trasa złożona z siedmiu koncertów w ramach "Przedbłysku" rzeczywiście bardzo się udała. Szkoda, że nie trwała dłużej.

© materiały prasowe


Na koniec chcę jeszcze zapytać, czy utrzymywanie się z muzyki jest rzeczywiście tak miłe i przyjemne, jak się to może wydawać w obiegowej opinii?

M. Ż.: Skłamałbym, gdybym powiedział, że jest to lekki kawałek chleba. Skłamałbym również, gdybym mówił, że jest bardzo ciężki.
Myślę, że człowiek, który robi to, co kocha, jest w stanie znieść bardzo dużo. Tyczy się to każdego zawodu. Myślę, że gdybym nagle wskoczył w buty architekta i ślęczał nad deską projektową cztery dni z rzędu, to stwierdziłbym, że to strasznie męcząca praca.
Każdy architekt z powołania powie, że to najwspanialsza praca na świecie. To samo tyczy się życia zawodowego muzyka. Rzeczony architekt zwariuje spędzając piątą noc z rzędu w innym hotelu, codziennie przemierzając kilkaset kilometrów w busie. Dla nas ciągłe rozjazdy, hotele, życie na walizkach to norma, którą rekompensują wspaniałe chwile na koncertach, cudne doznania w studio, kiedy rodzi się nowa płyta. To wszystko składa się na życie zawodowego muzyka. Są plusy i minusy. Trzeba kochać to, co się robi - wtedy jest łatwiej żyć.

Rozmawiał Marcin Śpiewakowski, dziennikarz warszawa.naszemiasto.pl
Zdjęcie główne, mat. prasowe


© Dominika Rutkowska/mat. pras. WOŚP

Koncert na Woodstocku 2016

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w Polityce Prywatności. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!